czwartek, 30 kwietnia 2015

Przyzwyczajenia

Krzesło jest twarde, ale to nie może być teraz moim problemem. Każdy oddech boli, ale to też nie może mnie martwić. Próbuję utrzymać głowę, próbuję nie zamykać oczu. Muszę rozejrzeć się wokół, spróbować rozpoznać miejsce, w którym jestem. Ale to takie trudne. Całą moją uwagę skupia jeden czarny punkt. Znajduje się wprost przed moim nosem, mała czarna dziura. Z trudem zmuszam się do myślenia. Czasem wydaje mi się, że już rozumiem, już prawie widzę rozwiązanie. Jednak gdy tylko spojrzę w jego stronę, ono umyka poza pole widzenia.

Mężczyzna śmierdzi. Nic nie mówi. Nie zwracam uwagi a ciszę ani na zapach, nie obchodzi mnie też twarde krzesło czy ból w płucach. Zapada zmrok lub świta. Kiedyś lubiłam szarówkę.

Myślę o tym, że przez całe życie miałam problem z przyzwyczajaniem się do nowości. Płakałam, gdy musiałam zmienić przedszkole. Prawdziwy dramat dla pięciolatki, opuściłam koleżanki i kolegów, dobrze znane sale, stołówkę i nauczycielki. Szkoda było mi zabawek, tamtejszej rutyny. Nie chciałam zaakceptować nowego miejsca, mimo że było równie wspaniałe, a inne dzieci bez oporów mnie powitały i przyjęły do swego grona. Nowe było wszystko, nawet droga, jaką musiałam codziennie rano pokonywać, by znaleźć się w przedszkolu. Wisiałam na szyi matki i wyłam, że nigdy się nie przyzwyczaję. Teraz rozumiem, że to było tylko lenistwo. Nawet nie lęk przed zmianami.

Każda kolejna zmiana szkoły była podobnym horrorem. Dobrze znany bydynek liceum opuściłam na rzecz zimnych, niegościnnych korytarzy uniwersytetu. Mnóstwo drzwi, a za każdymi czyhało niebezpieczeństwo. Jakiś profesor, doktor, lepsi ode mnie studenci. Czekała mnie wieczna walka, na którą nie miałam ochoty. Kiedy jednak zdołałam oswoić wielkie, niegościnne korytarze uniwersytetu, nadszedł czas, bym poznała swoich pacjentów. Nieznośnym bólem było żegnanie się z nimi. Z trudem godziłam się z faktem, że odchodzili. Znałam przebieg ich chorób, wiedziałam dokładnie, na czym polegało ich cierpienie, ale to nie wszystko. Ich strach i obawy stawały się moim strachem, moimi obawami. To było dawno. Dzisiaj wiem, że bałam się tylko ja, oni byli już spokojni. Może robili to z litości - nie chcieli bym myślała, że to tylko ja się boję.

Pamiętam swój szok, gdy kolejny mężczyzna oznajmił mi, że nie chce już być częścią mojego życia. Ciężko przywołać jakąkolwiek myśl, która świtała mi w głowie w tamtych chwilach. Wiem jedynie, że były sprzeczne i było ich bardzo wiele. Moja twarz też nie mogła zdecydować się, jaki wyraz przybrać. Marszczyłam brwi, otwierałam usta, by jednak nic w końcu nie powiedzieć, mrużyłam oczy, przekręcałam głowę - jak ciekawskie zwierzątko, które zobaczyło w lustrze swoje odbicie. Zwykle jednak brałam oddech i wychodziłam, by zachować resztki godności. Płacząc w poduszkę myślałam o tym, że nigdy nie przywyknę. Wiedziałam, że będzie ktoś inny, ale nawet nie chciałam sobie nikogo wyobrażać. Jeśli miałabym po kimś we własnym domu zbierać skarpetki, to właśnie po tym łajdaku, który mnie opuścił. Przyszłość malowała mi się jako przepaść. Nic tam nie było.

Nie mogłam przyzwyczaić się do życia bez matki. Zmarła tak samo jak moi pacjenci. Chodziło o to samo, przestało bić serce, zesztywniały mięśnie, u dołu ciała wystąpiły sine plamy. Kopanie grobu, uroczystość, kwiaty, łzy. Nie chciałam akceptować świata, w którym miałabym żyć sama - zupełnie w ten sam sposób, jak nie akceptowałam nowego przedszkola, budynku uniwersytetu czy faktu porzucenia mnie przez kolejnego chłopaka.

Mój wzrok skupia się na małym czarnym otworze. Nadchodzą nowe szczegóły. Czuję zapach metalu i smaru, smar kojarzy mi się z garażem ojca. Zawsze miał tam mnóstwo najróżniejszych rupieci, którymi lubiłam się bawić bardziej niż lalkami. Dziura zaczyna się kołysać. Wodzę za nią wzrokiem. Po chwili dociera do mnie, że to drży jego dłoń. Mojego śmierdzącego kompana. Nagle zaczynam rozumieć, w jednej chwili pojmuję. Sens już nie ucieka, gdy tylko skieruję na niego wzrok. Mężczyzna opuszcza broń. Wiem już, że dziś też nie strzeli.

Może nawet puści mnie wolno, może znajdę sposób na to, by role się odwróciły. Marzę o tym, by go związać. Chciałabym, żeby to on siedział na twardym krześle i codziennie musiał mierzyć się ze strachem tak wielkim, tak trudnym do pojęcia. Myślę, że ja bym się nie zawahała.

Martwię się tylko, że nigdy nie przyzwyczaję się do życia z myślą, że zabiłam człowieka.