sobota, 24 stycznia 2015

Ktotomierz

"Dwudziestu dziewięciu pieszych zginęło na drogach Dolnego Śląska w ciągu ostatnich sześciu miesięcy" - głosi komunikat Wydziału Ruchu Drogowego dolnośląskiej Policji. Przedszkolanka zastanawia się, ile dzieci było wśród tych dwudziestu dziewięciu istnień. Gdy nie znajduje bardziej szczegółowych informacji, przerywa czytanie. Zauważa, że dzieci powoli zaczynają się budzić.

Przedszkole w centrum miasta - cudowna, bezpieczna przystań. Nastolatki ukradkiem popalają papierosy w bramach, pijani leżą na chodnikach, szaleni kierowcy pędzą swoimi przerdzewiałymi matizami, spieszą się tramwaje i spieszą się miejskie autobusy - ale wszystko to dzieje się na zewnątrz. Nic z tych rzeczy nie musi nas dotyczyć, myśli Justyna. Wewnątrz naszych murów nic nam nie grozi. Budynek przedszkola przywodzi jej na myśl plamę benzyny na mokrym asfalcie, mieniącą się kolorami wśród wszechobecnej szarości. Ostatnio dowiedziała się, że to zjawisko zostało zbadane przez naukę i nazwano je iryzacją, ale tęczowe plamy wciąż potrafią wywołać uśmiech na jej twarzy, przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa.

Dziś leżakowanie również nie przebiegło bez problemów. Piotruś otwarcie odmówił położenia się, Weronika zmoczyła się zaraz po zaśnięciu, a Wojtkowi przyśnił się koszmar. Dzieciak spadł z łóżka wybijając kciuk, trzeba było zabrać go na urazówkę i wsadzić palec w szynę. Justyna miała ochotę przy okazji poprosić pielęgniarkę o coś na uspokojenie - dla siebie - bo Wojtek darł się jakby stracił całą nogę. Rodzice już grożą jej zwolnieniem, sądem, policją, prokuraturą i wszystkimi urzędami, jakie znają. Żałuje, że nie może przewrócić oczami albo wybuchnąć im śmiechem w czerwone od złości twarze. Chciałaby im powiedzieć, co myśli o tej sytuacji. Podejrzewała, że za złe sny  jej podopiecznego odpowiedzialni są jego czerwonolicy rodzice, ale jeszcze nie ma na to żadnych dowodów.

Zadanie na koniec dnia w przedszkolu nie jest najprostsze. Każdy z pięciolatków ma narysować wynalazek, którego według niego brakuje w codziennym życiu. W ostatniej chwili zaleca, by dzieci użyły tylko kredek i ołówków. Nie miała zamiaru znów zostawać do 21, by posprzątać po malowaniu akwarelami. Justyna powoli przechadza się między miniaturowymi stoliczkami, przy których jej pięciolatki w skupieniu rysowały na papierze swoje fantastyczne pomysły. Przypomina sobie, jak po latach odwiedziła swoje własne przedszkole. Krzesła i stoły wydały się jej przeznaczone dla krasnoludków, nie mogła uwierzyć, że sama była taka malutka. Pomaga zastrugać Agacie żółtą kredkę, uspokaja wciąż wyjącą po małej "awarii" Weronikę. Po kilkunastu minutach uznała, że zaczynają się śmiechy i rozmowy, więc poprosiła, by ktoś przedstawił całej grupie swój gadżet. Nie dziwi się, gdy zgłasza się Piotruś, któremu nigdy nie przeszkadza brak snu. Dziecko aż rwie się do opowiadania.

Justyna łagodnie ucisza resztę grupy. Ustawia przedszkolaka przed kolegami i koleżankami, do magnetycznej tablicy przyczepia rysunek przedstawiający coś w rodzaju zegara z mnóstwem ponadplanowych wskazówek i przycisków. Justyna myśli, że brakuje tylko Wifi i komina, i zaczyna zadawać pytania.

- Piotrusiu, powiedz nam wszystkim, jak nazwałeś swoją technologiczną nowość - ćwierka myśląc jednocześnie, że wiele lat temu nie znosiła u siebie tego przesłodzonego tonu. Nadrabiała wtedy w mieszkaniu, gdzie - wplatając kurwy co drugie słowo - opowiadała współlokatorkom o kolejnym dniu w Mordorze. O, przepraszam, w Przedszkolu imienia Czerwonego Kapturka. Teraz wie jednak, że nie mogłaby pracować nigdzie indziej, a pięcioletnie głosiki, jakkolwiek potrafią być irytujące, kocha jak nic innego na świecie.
- Naysowałem KTOTOMIERZ - wada wymowy dziecka nie pozwala wymówić mu nawet "L" zamiast "R", co Justynie przypomina artykulację pijanych ludzi.
- Łał, Piotrek, to naprawdę świetna nazwa! Opowiedz, proszę, co robi ktotomierz.
Czarnooki pięciolatek spojrzał na Justynę jak na kosmitę. Nie jest tajemnicą, że dorośli, choć tacy duzi i ważni, nie wiedzą nic i trzeba im wszystko tłumaczyć. Nabrał powietrza w płuca i stwierdził oczywistość:
- Mierzy, kto idzie.
Nie czekając na dalsze instrukcje, łapie czerwoną kredkę ze swojego stolika i postanawia udawać nauczyciela akademickiego. Kredka posłużyła jako wskaźnik. Teatralnie odchrząka (Justyna udaje kaszel, by ukryć, że śmieje się z dziecka) i zaczyna wykład.
- TO! Dyodzy państwo, jest ktotomierz, któy pokazuje, kto idzie. Ta wskazówka pokazuje, czy to pani, czy pan. Jak się zaświeci tu na zielono - czerwona kredka przesuwa się po rysunku - to znaczy, że ten ktoś jest wesoły. A jak na czerwono, to że zły. Ale jak na żółto, to nie wiadomo.

Piotruś pokazuje jeszcze kilka zastosowań Ktotomierza, ale Justyna już nie słucha. Przypomina sobie dzień, w którym przez wizjer - urządzenie dużo prostsze niż wynalazek jej podopiecznego - zobaczyła dwóch policjantów o ponurych minach. Przypomina sobie dzień, w którym jej pierworodny dołączył do tych kilkudziesięciu osób, które zginęły na drogach Dolnego Śląska w ciągu pierwszego półrocza dwa tysiące siódmego roku.

wtorek, 20 stycznia 2015

W snach

Budzi się nagłym zrywem, z ciężarem na piersi, niepokojem w głowie. Włosy przykleiły się do rozgrzanych policzków. Nie od razu orientuje się, gdzie jest, skąd wziął się ten strach. Granatowe zasłony szczelnie zaciągnęła na okna, nie może wiedzieć, która godzina. Spazmatycznie łapie oddech, szeroko otwarte oczy analizują pokój, w którym się znajduje. Półka z kosmetykami, nowy laptop na biurku, rozrzucone ubrania, lekko zakurzony dywan na prawdziwym, trzeszczącym parkiecie, wzorzysta śliska pościel. W kolejnym odruchu, wciąż w panice, ogląda swoje ręce, zdziera z siebie kołdrę, dotyka nóg, zadziera nocną koszulę. Nie widzi siniaków, nie nosi gipsu, nie ma żadnych szwów. Łapie się za głowę, dłonie ślizgają się po twarzy i szyi. Nic. Może zniknąć ten ciężar, niepokój, włosy może spokojnie odgarnąć ze spoconej twarzy.

Zegarek w telefonie wskazuje siedem minut po piątej. Marzy, by udało się jej ponownie zasnąć. Układa się wygodnie w pościeli i próbuje przypomnieć sobie sen. Tylko konfrontacja, powtarza w myślach, wsłuchując się w bijące coraz ciszej i spokojniej serce. Ucieczka od problemu nigdy nie była jej metodą. Postanawia przeanalizować sen, by stawić mu czoła.

W snach bywa tak, że zupełnie swobodnie można poruszać się po miejscach, które naprawdę nie istnieją. W domu rodzinnym znajduje się nieznane pomieszczenia, jak w dziecinnych marzeniach wystarczy pchnąć regał z książkami, by ukazały się ukryte pokoje, przejścia, tajne pasaże. Tak dobrze znanym miejskim arteriom przybywa bocznych uliczek, a między domami przyjaciół wyrastają kolejne budynki, których na próżno szukać po przebudzeniu się. Tramwaj wiozący ludzi do pracy nagle musi pokonać kilka dodatkowych przystanków, które nikogo nie dziwią. Wszyscy okazują się być częścią tego nowego świata, który aż do przebudzenia się wydaje się być zupełnie niegroźny.

Senny porządek i senna logika są niepodważalne – wchodzi do sklepu, w którym sprzedaje stara kobieta. Brzmiący głucho dzwonek przy drzwiach obwieszcza pojawienie się klientki. Monika wie, że jest w centrum miasta, ale na próżno w sklepie szukać nowoczesnych przeszklonych witryn, podświetlanych półek czy choćby kasy fiskalnej. Senne prawa jednak każą się jej nie dziwić. Kobiecie wystarcza rzut oka na pomarszczoną twarz sprzedawczyni i okazuje się, że się znają. Staruszka obdarza ją najcieplejszym z uśmiechów – zarezerwowanym dla wnuków czy wyjątkowo uroczych dzieci sąsiadów. Nie ma w tym żadnego fałszu. To nie stara czarownica, która omamia swoją dobrotliwością niewinną dziewczynę, by otruć ją jabłkiem. Obie kobiety uśmiechają się do siebie w milczeniu. W powietrzu oprócz kurzu wisi coś jeszcze.

Półki sklepu pełne są staromodnych klatek dla ptaków. Niektóre są wielkie jak w zoo, postawione na podłodze sięgają niemal sufitu, inne przeznaczono dla małych zwierząt, jednak wszystkie są puste. Nasuwa się jej kolejne bajkowe odniesienie – wielkogłowy, charakteryzujący niezwykłą wadą wymowy kanarek Tweety mieszkał w podobnej okrągłej klatce. Chce wytłumaczyć sprzedawczyni, po co przyszła, ale nie może sobie przypomnieć. Staruszka nie pogania klientki. Szukając słów Monika rozgląda się dokładniej po pomieszczeniu i stwierdza, że na dnie każdej klatki leżą truchła ptaków. Kanarki, papugi, inne przypominają sikorki czy wróble. Twarz staruszki nagle nie wydaje się taka przyjazna. Już niczego nie chce od niej kupować. Wybiega na ulicę zbyt szybko, zbyt nieuważnie, wzbiera w niej obrzydzenie na myśl o dziesiątkach zdechłych zwierząt, nie zauważa pędzącego auta, nie słyszy jego klaksonu.

Musiała zasnąć, nagle słyszy płacz dziecka. Jeden zdecydowany ruch i wychodzi spod kołdry, stawia drobne stopy na dywaniku (nie lubi zimnej podłogi) i kieruje kroki do pokoju syna, niezmiennie od dwóch lat wymagającego całej uwagi swojej matki. Wspomnienia snu rozmywają się w zapachu gotowanego mleka dla syna i czarnej kawy dla niej. Przed południem wychodzą na spacer, w parku widzą kobietę karmiącą gołębie. Monika, wycierając mokrą chusteczką buzię syna ubrudzoną wafelkiem, niejasno myśli, że powinna coś dziś zrobić. Dokądś pójść. Intensywnie myśli, o czym mogła zapomnieć. Kiedy nasuwa się jej myśl, że ma to związek z ptakami lub piórami, porzuca pomysł uznając go za niepoważny.